Po szlachecku! Ślub to nie domówka!

PO SZLACHECKU! ŚLUB TO NIE DOMÓWKA!

Białe, ręcznie zdobione obrusy, wielopokoleniowa zastawa, srebrne sztućce, zabytkowe świeczniki, a wszystko to w jakimś zajebistym pałacu! Do tego najlepsze, wieloletnie napitki serwowane w kryształach i można przyjmować gości bez żenady. Tak to wygląda w nieco podkolorowanym stereotypie i właśnie o takim weselu marzą wszystkie, szanujące się lachony.

Można też pójść w skrajnie przeciwnym kierunku. Nie ma to znaczącego wpływu na zabawę, co innego na portfel.



Nie chce Ci się czytać? Posłuchaj!



Parafrazując wstępniak - u nas było tak...

Białe obrusy, a każdy z nich inny, plastikowa zastawa, plastikowe, metalizowane sztućce, zabytkowa stodoła, a wszystko to w agroturystyce na niedalekim odludziu. Butelkowane piwo, kawa w plastikach i tylko szoty wódki pite ze szkła. Sprawdzony rok wcześniej u Ani i Łukasza (pozdrawiam, misiaczki!) sposób na poślubnego grilla ponownie okazał się sukcesem. Oczywiście w czterdziestostopniowym upale.

Agroturystyka w Rekowie (pod Kobylanką) była nie tylko sama w sobie opcją oszczędną. Przede wszystkim zapłaciliśmy niecałe 30 zł od osoby. Porównując z trzycyfrowymi cenami komercyjnych sal weselnych - hit. Dawało to jednak wiele innych możliwości przygotowania przyjęcia nie tylko niższym kosztem, ale także lepszej jakości. Pomijając wymienione plastikowe talerzyki i sztućce (wyglądem nie odbiegające od zwykłych) można było - i to chyba największy plus - samemu zadecydować o kupnie pewnych wrażliwych produktów. Mowa tu przede wszystkim o mięsie, które miało leżeć na wielkim grillu. Świadomość osobistych zakupów odebrała nam jeden z powodów do zmartwień, a goście cieszyli się świetną karkówką, szaszłykami itd.

Ogromnym plusem, choć dla gości początkowo dezorientującym, była kwestia bardzo luźnego ułożenia stołów. Każdy, kto na typowym weselu był choć raz, dobrze wie, że po pierwsze należy odszukać karteczkę ze swoim nazwiskiem. Niby dobry zabieg logistyczny, ale czasem jest tak, że młodzi, w celach integracji, sadzają koło babci Jadzi naszego kolegę z siłowni. Rozmowa się nie klei, bo okazuję się, że Łysy ogląda TVN, a babcia stację z Torunia i jedyne co ich łączy to brak włosów. Koniec końców każdy i tak idzie pogadać ze znajomymi, bo jest sztywno.

U nas natomiast karteczek nie było. Nie było też jakiegoś specjalnego znaku rozpoczęcia imprezy. Po prostu wszystko zaczęło się swoim tempem. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał, każdy sam wybrał sobie formę spędzenia tego pięknego popołudnia. Niektórzy chowali się pod dachem, inni woleli posmażyć się na leżakach, lub posiedzieć pod ogrodowymi parasolami. Można było jeść, pić, tańczyć, spacerować, a DJ nie wtrącał się w ten stan rzeczy... DJ'a właściwie nie było, ale to już temat na kolejny post.
06-10-2013
COOKIESThis website uses cookies to allow us to see how the site is used. The cookies cannot identify you. If you continue to use this site we will assume that you are happy with this.
Close